Choć można by pomyśleć, że nasze życie jest pasmem niekończących się wakacji, wcale tak nie jest.
Pracujemy wspólnie w domu, nużąc się tym niesłychanie i nam też należały się wakacje gdzieś z dala od dobrze znanych miejsc.
Wybraliśmy zatem polskie wybrzeże, z pięknym białym piaskiem, zimnym morzem i kapryśna pogodą.
Przed samym wyjazdem musieliśmy jeszcze oddać samochód do warsztatu co skróciło planowany czas odpoczynku o jeden dzień.
W końcu dobiliśmy na miejsce, w którym przywitało nas ciepłe słoneczko i wibrujące chłodem powietrze. Zero upału , duszności, wiatr który tylko oswojony słońcem udawało się zaakceptować.
Szybko wszyscy złapaliśmy dziwne przeziębienie powodujące ból gardeł i kopalnie gili 
Blance doskwierał ogólny dyskomfort fizyczny, o którym zapominała tylko na plaży przesypując gładki piasek z kupki na kupkę. Uwielbiała zabawę w piachu i na plaży mogłaby spędzić cały dzień, gdyby nie zaskakujące nas przelotne ulewy.
Na bezchmurnym niebie ni stąd ni zowąd pojawiały się chmury, horyzont zaczynał mienić się złowrogim granatem, który momentalnie przykrywał słońce. Pogoda doprowadzająca do nerwicy, szczególnie gdy człowiek jest wyczerpany chorobą.
Postanowiliśmy się nie poddawać i całymi dniami spacerowaliśmy i jeździliśmy na rowerach ku uciesze wspaniałej Córeczki.
Przez pierwsze dwa dni Blanka była nieznośna, kapryśna, zbuntowana i płacząca. Ale stopniowo przyzwyczaiła się do nowego planu dnia. Najśmieszniej jadła obiady, na stojąco, z dorosłego krzesła, pełna skupienia nadziewała na widelec kawałki mięska czy ziemniaczków i wkładała odważnie do buzi. Rozsmakowała się też w rosołku z pewnej śmiesznej “jadłodajni po schodkach”.
Codzienne rytuały gofrowo - kawowe, uczyniły z Blanki kawiarnianą panieneczkę, na którą pieszczotliwie wołałam moja kawiareczka. Podczas gdy pożeraliśmy gofry popijając pyszną kawą, ona wcinała swój wafelek z odrobiną bitej śmietany podśmiewając się przy tym co chwila.
Na plaży oprócz zabaw w piasku, Blanka obserwowała wszystkich wokoło, bawiłyśmy się fajnie z dzieciakami a ja dowiadywałam się wielu nowych rzeczy wyłożonych w iście dziecięcym stylu. Spacerowaliśmy też na zmianę z Blanką po plaży, mocząc nóżki w lodowatej wodzie.
Nasza Żmijeczka była coraz bardziej samodzielna, ciągle chciała biegać sama i trudno było ją namówić do skorzystania z wózka. Dodatkowo nauczyła się pokonywać samodzielnie schody w obie strony z wykorzystaniem barierki, jeśli owa była i tym szczególnym, właściwym balansem ciała.
Po czterech wyczerpujących dniach wreszcie poczuliśmy się lepiej, na tyle by znowu żartować i śmiać się z byle powodu, niestety wyjazd dobiegał końca.
Pożegnała nas ogromna ulewa ( po wcześniejszym pięknym słońcu i ciepełku na plaży), pyszne gofry, oraz dzik żerujący w odległości 2 metrów. Dzik jest dziki, dzik jest zły ??? nie w tym pogmatwanym przez nas, nadludzkim świecie.
Pierwsze spotkanie z piaskiem

I spotkanie z morzem, w zasadzie już po spotkaniu

Łobuziak w porcie


I na placu zabaw


Po południowej drzemce


w samochodzie

i na plaży










W kawiarni


I w barze

na obiedzie


na pożegnanie dziki dzik
